Bogusław

Bogusław jest rzeźbiarzem. Ciężko pracuje żeby związać koniec z końcem. Jego dłonie są pomarszczone i suche. Wstaje przed świtem, myje twarz, zjada kanapkę z kiełbasą i rusza znów stawiać czoła najważniejszym potrzebom ludzkości, największym rozterkom i wątpliwościom. Na jego twarzy nie ma uśmiechu gdy o tym mówi. Czoło przecina bruzda, stara zmarszczka jak blizna, pamiątka nieludzkiego skupienia, nigdy już się nie wygładzi. 

– To było dawno, ale pamiętam jak dziś – mówi Bogusław dotykając bruzdy drżącą dłonią. – Jeden z największych dylematów, forma stawała się nośnikiem treści. Zostałem sam, nie miałem już narzędzi. Rozproszenie groziło kolejnym szturmem. Wczołgałem się pod kanapę. Stamtąd widziałem przestrzeń wąskim prześwitem, ograniczony z góry i dołu, a jednak perspektywa była szeroka. Miałem już tylko ołówek, kończył się nawet papier. Narysowałem to, lecz nie pamiętam nawet tego momentu, coś we mnie pękło, zemdlałem. – Bogusław otwiera gruby tom „Sztuki współczesnej”, spomiędzy kartek wyciąga foliową koszulkę w której tkwi paragon za bułki i mleko. Na odwrocie narysowane jest koło. – Tylko panu to pokazuję. Rozumie pan, to nadal jest niebezpieczne. Czasy wciąż są niepewne.

(więcej…)

Amazonka

Chłodnym porankiem, kwiecistą alejką jechała zwiewna amazonka na swym bułanym koniku.

W chłodny letni poranek, o brzasku, zroszoną pachnącą alejką, w szpalerze topoli, na swej bułanej klaczy, jechała kłusa z włosem rozwianym gibka amazonka.

Rzeźki to był poranek, skąpany jeszcze w chłodzie nocy, gdy wraz z budzącym się pierwszym blaskiem słońca, szeroką brukowaną aleją podług rzędów rosłych topoli, jechała kłusem zwinna amazonka sprężyście uginając się w siodle na smukłym grzbiecie bułanej klaczki.

W chłodzie wczesnego poranka, w wilgoci kwiatów i liści pachnącej bujnej alejki Lasku Bulońskiego, brukowanym duktem wśród olch i topoli, w szpalerze pochylonych gałęzi, jechała żwawo kłusem ciemnowłosa smagła amazonka, na rączej klaczy bułanej, z wiatrem w kaskadach włosów i grzyw.

Mglistym i chłodnym porankiem, alejkami zapachów i wilgoci, jechała żwawa…